Perspektywa
Zadowolony, że udało się znaleźć wolne miejsce vis a vis biurowca, Lucjan wyszedł z samochodu i trzasnął drzwiami mocniej niż zwykle. To był jego pierwszy dzień po dłuższej przerwie i czuł się dziwnie obco w tym miejscu. Na moment przed wejściem do budynku, Lucjan podniósł głowę szukając okien swojego biura i pomyślał: „No to wio!”.
Do hallu wszedł pewnym krokiem, tak jakby właśnie wrócił z godzinnej przerwy na obiad. Rzucił: „cześć” – na tyle głośno aby wszyscy pracownicy usłyszeli – i zasiadł za swoim biurkiem zadowolony, że tak łatwo udało mu się zamarkować niepewność.
Po drugiej stronie szerokiego biurka siedział Marek. Marek był wysokim i niezdarnym facetem, który wykonywał swoją pracę w żółwim tempie, ale za to całkiem skrupulatnie. Między Lucjanem a Markiem sytuacja była jednak jeszcze bardziej niezręczna. Lucjan był winny Markowi pieniądze, dlatego siedzenie przy jednym biurku nie było dla nich szczytem przyjemności. Już przy porannej kawie Lucjan postanowił grać w razie czego w otwarte karty – chociaż liczył na to, że temat się dziś nie pojawi. Mylił się…
- Jak zdrowie? – zagaił Marek
Gówno Cie to obchodzi cwaniaku! – Lucjan już czuł co za chwilę nastąpi, ale odpowiedział uprzejmie:
- Już dobrze, dziękuję. A Twoje?
- A dobrze, nie narzekam… A jak tam nasze rozliczenia?
Mogłeś sobie baranie darować kurtuazje i od razu spytać „Gdzie moja kasa?”. Należy Ci się trzy razy mniej… Trzeba mieć tupet, żeby tak wykorzystać fakt, że ktoś mnie postawił pod ścianą. A tego, że tą robotę masz dzięki mnie to już nie pamiętasz, co?
- Słuchaj stary, jestem pierwszy dzień w pracy. Dobrze wiesz, że gdy nie pracuje to nie zarabiam. Dziś nie mam kasy, ale jest perspektywa, że coś się pojawi w najbliższym czasie.
- Ok, ale to już długo trwa.
- Wiem, przepraszam… – odpowiedział Lucjan odwracając wzrok nie dlatego, że było mu wstyd, ale dlatego że gdyby tego nie zrobił Marek dojrzałby w jego oczach spektakl swojej własnej śmierci, który Lucjan właśnie właśnie sobie wizualizował…
Żaden z nich nie powiedział tego dnia ani słowa więcej, ale atmosfera wcale nie była tak ciężka jak można było przypuszczać. Do Lucjana przyczepiła się natomiast – jak zapomniane słowo, które mamy na końcu języka, ale wciąż nie możemy go wypowiedzieć – myśl o wspomnianych ‘perspektywach’.
Jakie kurwa perspektywy? – pomyślał – Ja nie mam perspektyw zapłacić rachunek za telefon, a co dopiero oddawać kasę temu patałachowi. Co to w ogóle jest perspektywa do cholery! Perspektywa to gruba i pryszczata siostra nadziei! Tak, nadzieja tyczy się marzeń, więc może być piękna, może być natchnieniem poetów i łzami samobójców. A perspektywa? Perspektywa jest starym zołzowatym babskiem, które próbuje Ci wcisnąć wizję lepszego jutra wiedząc, że ono nigdy nie nastąpi. Dajmy na to studia z ‘perspektywami’, których absolwenci pracują na zmywakach w zaplutych Londyńskich norach, albo perspektywa premii, którą Twoja żona wydała dawno zanim znalazła się na Twoim koncie. Mamy też chorych ludzi, którzy biorą udział w kuracjach z ‘perspektywą’ i jedyne co to zmienia w ich życiu to fakt, że z racji zainteresowania mediów umierają w blasku fleszy, a nie po cichu jak ich koledzy ‘od kuracji bez perspektywy’…’Perspektywa’ to złodziejka czasu, określenie które odsuwa w czasie przyznanie się do tego, że w tej chwili jest źle.
Tego dnia Lucjan postanowił więcej nie zasłaniać się ‘perspektywą’ – i to była całkiem dobra perspektywa…





