Ognisty Grześ
Grześ od dziecka fascynował się ogniem. Był z nim niemal emocjonalnie związany. W szkole podstawowej zaczynał od zabawy, polegającej na klinowaniu zapałki między kciukiem a draską i pstryknięciu w nią palcem wskazującym drugiej dłoni tak, aby impet zapalił zapałkę i wyrzucił ją w określonym kierunku. Parę lat później, ulubioną rozrywką jego i jego kolegów było robienie ‘zasłony dymnej’ za pomocą saletry i mąki wsypanej w odpowiednich proporcjach do piłeczki ping – pongowej. Efekt był fantastyczny, a uciekanie przed dorosłymi, próbującymi wybić dzieciakom takie zabawy z głowy było podniecającym dopełnieniem dzieła.
W technikum Grześ podszedł do sprawy bardziej ambitnie. Z prochu zsypanego z kilku ogólnodostępnych petard potrafił zrobić imponujący ładunek wybuchowy. Był znany na swoim osiedlu z tego, że uwielbiał zaskakiwać przechodniów ‘zupełnie przypadkowymi’ wybuchami.
Uspokoił się dopiero na studiach – z braku czasu, bo jego miłość do płomieni i eksplozji wcale nie straciła na sile. Gdy tylko miał możliwość skakał przez ognisko zorganizowane przez znajomych z roku, bądź zwyczajnie zapalał świeczkę i patrzył długo, w miotający się niczym flaga na wietrze płomień.
Dorosły Grześ został strażakiem, pogromcą swoich własnych popędów, panem i władcą płomieni. Dla niego wyjazdy do pożarów, to nie tylko spełnienie obywatelskiego obowiązku, ale także oglądanie pięknych spektakli żywiołu i zniszczenia. Czuł się spełniony, a swoją pracę wykonywał wyśmienicie.
Pewnego razu, gdy wyszedł z kolegami do ogrodu podziwiać zapowiadane od rana zaćmienie księżyca, sam doznał zaćmienia. Jako, że dzień był deszczowy, a drewno przygotowane na ognisko wilgotne, Grześ postanowił pomóc sobie benzyną. Bardzo dokładnie, zgodnie z harcerską sztuką ułożył pocięte gałęzie, oblał swoje dzieło paliwem i zbliżył doń rękę, w której dumnie niczym olimpijski znicz tkwiła zapalona zapałka. Nagle zrobiło się jasno, a ognień urósł na 3 metry.
Krzyczącego Grzesia zauważyli koledzy, którzy w pierwszej chwili stanęli jak wryci patrząc z niedowierzaniem jak ich kolega sam przyjmuje postać zapałki. Ten natomiast stał przerażony w ogóle nie rejestrując, że jego włosy rozpoczęły właśnie swój mały festiwal sztucznych ogni.
Jeden z kolegów, pojąwszy powagę sytuacji zdjął szybko kurtkę i rzucił Grzesiowi na głowę kończąc tym samym to dramatyczne przedstawienie…
Nikomu nic się nie stało, ale po tym wydarzeniu Grześ się zmienił… Był jakiś… Zagaszony…




