Noc pierwsza
Czerwone róże stoją na zakurzonej ławie dokładnie tak, jak je postawiłem ok południa – spojrzała na nie tylko jeden raz. Do kwiaciarni miałem 3 podejścia. Za pierwszym razem wróciłem bo zaczęło padać. Za drugim zadzwoniła, ze ktoś obcy dobija się do drzwi. Za trzecim się udało – przy okazji zahaczyłem o aptekę, z nadzieją że dostanę cudowny proszek na wszystkim znany, legendarny, tygodniowy katar (tym razem z przykrymi efektami ubocznymi).
Cały dzień byliśmy od siebie jakieś 10 metrów… Ja ze świszczącym oddechem w salonie, ona w pokoju przyklejona do monitora…
W okolicach godziny siedemnastej zaproponowałem wspólny obiad:
- Wyjdźmy gdzieś.
- Gdzie?
- Nie wiem, gdziekolwiek… Żeby chwilę pobyć razem, bo tutaj czarno to widzę… Poza tym zaczynam być głodny, a nie mamy nic w domu…
- Chory jesteś.
- Przeżyję.. Chodźmy do tej restauracji przy dworku. Blisko jest i dobrze mi się kojarzy.
- W sumie czemu nie. Daj mi jeszcze chwilę i pójdziemy.
Chwila trwała kolejne cztery godziny i tylko dzięki chorobie, która absolutnie pozbawiła mnie apetytu obyło się bez awantury…
Mocno spóźniony obiad zjedliśmy bez spoglądania na zegarki, rozmawiając na niezbyt ambitne tematy. Chwilami dało się nawet zauważyć zalążki uśmiechów na naszych twarzach.
A teraz? Teraz jest po północy, święto zostało zakończone, a magiczne 10 metrów nadal nas dzieli. Dziś śpię na kanapie – żeby nie przeszkadzać kichaniem, prychaniem, charczeniem, świszczącym oddechem i rozsiewaniem zarazków…
Wszystkiego najlepszego z okazji n-tej rocznicy ślubu…





