Dzień pierwszy
…właściwie to dzień trzeci. Trzeci dzień, w którym przygrywa mi ‘cudownie kojącą’ muzyka szlifierek, młotków i papieru ściernego przesuwającego się po moich myślach z niedającym się znieść ‘kszzz, kszzz, kszzz’. Odgłos komara gdzieś o 3 w nocy to przy tym muzyka relaksacyjna.
Czasami zastanawiam się czy w mieście jest możliwa chwila ciszy. Mam wrażenie, że niewidzialni strażnicy na rogatkach miasta nie wpuszczają doń nic, co mogłoby mieszkańcom przynieść ukojenie. Bardzo chętnie natomiast wpuszczają wszystkie istnienia pragnące wyprowadzić nas ludzi z względnej równowagi i doprowadzić do samobójstwa, strajku albo i wojny domowej. Wszak jest naukowo udowodnione, że długotrwałe narażenie na hałas wywołuje agresję…
Bo jak tu zacząć dzień pozytywnie, gdy punkt szósta rano, z szerokim uśmiechem na ustach sąsiad odpala swoją przechodzoną kosiarkę do trawy. Albo jak zacząć dzień święty po bożemu – ciepłym rogalikiem, dżemem i sokiem pomarańczowym dostarczonym do łóżka – w towarzystwie szanownej małżonki – gdy proboszcz z uporem maniaka wali od samego rana w swoje dzwonki, mając wszystkie normy decybeli w wielkim poważaniu, czyli gdzieś z tyłu swojej sutanny…
Nie, nie narzekam – wszędzie mam blisko… I do mnie jest blisko… Jeśli kiedyś nie wytrzymam i pobije sąsiada bladym świtem, goląc mu głowę jego własną kosiarką, to karetka też będzie miała blisko… i policja…




